"Obyś żył w ciekawych czasach" - mówi stare chińskie przysłowie. No i przyszło nam żyć. Dziennikarstwo nie ma łatwo. Właśnie wkroczyło (trochę dzięki sobie, trochę dzięki politykom) na ścieżkę wojenną z big techami. Facebook i Google nie chcą płacić wydawcom za korzystanie z linków do artykułów publikowanych w mediach. Australijski rząd chce zmusić wielkie firmy technologiczne do płacenia poprzez wprowadzenie nowych przepisów.
Mark Zuckerberg w minionym tygodniu pozwolił na zablokowanie możliwości dodawania linków do tekstów z australijskich portali.
Google (95 proc. rynku wyszukiwań w Australii) na razie straszy, że zablokuje na Antypodach dostęp do swojej wyszukiwarki. Premier Scott Morrison już porozumiał się z Microsoftem (właścicielem wyszukiwarki Bing). CEO tej firmy Satya Nadella zapowiedział, że jego korporacja udźwignie obsługę stron internetowych w tym kraju i jest w stanie zastąpić Google'a.
Dwa pomysły
Obie firmy obrały różne strategie. Facebook prawdopodobnie chce wziąć media na przetrzymanie i udowodnić im, że więcej stracą, jeśli linki do artykułów - które także dziennikarze dobrowolnie wklejali do serwisu - przestaną się tam pojawiać. Wiele mediów na świecie jest mocno zależnych w tym zakresie od Facebooka, który dzięki użytkownikom generuje ruch na portalach informacyjnych. Skala zależności jest zróżnicowana. Jeśli ktoś do tej pory nie stworzył w ramach wydawnictwa kilku równoważnych punktach podparcia, może mieć problem. O co chodzi? Łatwo wytłumaczył to Przemysław Pająk, szef Spider's Weba - największego serwisu technologicznego w Polsce. Opowiedział o tym już jakiś czas temu w rozmowie z Arturem Kurasińskim:
Niezwykle dbamy o to, byśmy zawsze mieli 4 równoważne nogi zasięgowe: ruch bezpośredni, ruch z wyszukiwarki, ruch z mediów społecznościowych oraz z witryn odsyłających. Zapewniam cię, że żadna z tych 4 nóg nie ma u nas wyraźnej przewagi nad innymi.
Dzięki temu kaprysy zarządców Facebooka, czy Google’a nie są nam straszne, bo obronimy się innym źródłem ruchu. To jeden z najważniejszych fundamentów naszego biznesu.
Niestety, nie każde medium w porę pomyślało w ten sposób, o czym szefowie Facebooka doskonale wiedzą. Brak odpowiedniej strategii w ciągu ostatnich lat ze strony wydawców, pozwala dzisiaj wierzyć szefom tego serwisu społecznościowego, że takim fortelem mogą wygrać z branżą dziennikarską w Australii, a w konsekwencji w kolejnych krajach, które zdecydowałyby się na podobne ruchy.
Google po sugestiach o zablokowaniu wyszukiwarki, stara się porozumieć z pierwszymi wydawcami, aby pokazać, że działa w sprawie rozwiązania sporu. Przedstawiciele firmy uzgodnili warunki współpracy (i finansowania za korzystanie z treści przygotowanych przez dziennikarzy) z News Corp. należącej do rodziny Ruperta Murdoha (pochodzącego z Australii). Przedstawiciele obu instytucji uzgodnili, że media tego wydawcy otrzymają zapłatę w ramach nowej usługi Google Showcase.
Warto mieć na uwadze również to, że News Corp. i Google porozumieli się po wielu latach sporów dotyczących wykorzystywania treści i braku - zdaniem przedstawicieli tej firmy medialnej - odpowiedniego wynagrodzenia za nie wypłacanego przez Google'a.
Wielkie zagrożenie
CEO News Corp. Robert Thomson, cytowany przez wiele mediów, jest zadowolony z porozumienia. Chwali postawę Google'a i przekonuje, że to dobre rozwiązanie nie tylko dla zarządzanej przez niego firmy. W artykule Guardiana czytamy:
Umowa będzie miała pozytywny wpływ na dziennikarstwo na całym świecie. (...) Chciałbym podziękować (dyrektorowi generalnemu Google'a - przypis autora) Sundarowi Pichaiowi i jego zespołowi w Google, którzy wykazali się przemyślanym zaangażowaniem w dziennikarstwo, które będzie rezonować w każdym kraju. (...) Cieszę się, że warunki biznesowe się zmieniają, nie tylko dla News Corp, ale dla każdego wydawcy.
To co dobre dla News Corp. wcale nie musi oznaczać dobrego rozwiązania dla mniejszych wydawców. News Corp. jest instytucją o zasięgu globalnym, która swoimi działaniami ma wpływ także na wiele gałęzi biznesu. Pozycja negocjacyjna tej korporacji jest niezwykle silna w rozmowach z Googlem. Zupełnie inną będą miały mniejsze podmioty, którym także może przyjść indywidualnie negocjować warunki współpracy z tym technologicznym gigantem.
Czy Google świadomie pozwoli zrobić sobie krzywdę? W odpowiedzi na to pytanie może pomóc casus Facebooka, który łączy ze sobą wcześniej stworzone bądź nabyte usługi. Na przykład Facebooka z Instagramem, Instagrama z Messengerem itd. Tak się złożyło, że zintensyfikował działania w momencie, w którym amerykańskie instytucje rządowe zaczęły rozważać podział firmy, jaką jest Facebook, na mniejsze, aby nie blokować konkurencyjności na rynku i zatrzymać monopolizację.
News Corp will receive ‘significant payments’ to feature news outlets in Google’s News Showcase
Facebook może więcej niż Google? Facebook zdecydował się zagrać va banque, ponieważ na razie nie widać realnej alternatywy dla tej platformy. Google ma konkurenta - Binga (choć popularność zdobywa także DuckDuck Go, które chwali się m.in. aktywną blokadą skryptów śledzących). To zdecydowanie mniejsza wyszukiwarka, ale big techy mają za uszami coś jeszcze - obawę, że użytkownicy dojdą do wniosku, że bez usług Google'a można żyć i świetnie prosperować w Internecie. Na razie ciągle pokutuje przeświadczenie, że ta firma jest niezbędna i nie do zastąpienia w sieci. Czy aby na pewno? I czy bez Facebooka też nie można żyć?
Dlaczego to ważne? Media przez lata uzależniały się od mediów społecznościowych i największej wyszukiwarki na świecie, które dawały im ruch na portalach. Traciły jednak ogromne pieniądze w związku z opanowywaniem rynku reklamowego głównie przez Google'a i Facebooka. Kiedy wielu wydawców zorientowało się, w jakiej są pułapce, było już za późno, a poza tym sami niewiele mogli zdziałać. Szczególnie ci mali, którzy w zderzeniu z big techami często są na straconej pozycji. Teraz - nauczeni doświadczeniem - kiedy wyciągnęli pewne wnioski (choć nie wszyscy lub nie wszyscy takie same), chcą walczyć "o swoje". Pierwsza jest Australia. Kolejna może być Kanada.
To dopiero początek batalii. Być może długiej. Dzisiaj nie wiadomo, kto wyjdzie z niej poturbowany, kto upadnie, a kto wygra. Warto mieć jednak na uwadze, że tech giganci mają możliwości (ratowania siebie i wpływania na różnego rodzaju rynki), jakich nie ma nikt inny na świecie. Dlatego, póki nie jest jeszcze za późno, media powinny robić, co tylko mogą, by starać się zminimalizować straty spowodowane chociażby ewentualnym "wyciągnięciem wtyczki" przez Google'a bądź Facebooka.
Stan, w którym znajdujemy się obecnie (na przykładzie australijskiego rynku) pokazuje, że nie wiadomo, czy - z punktu widzenia mediów - podążamy w dobrym kierunku.