Kiedy jakiś czas temu zacząłem pisać w cyfrowym świecie o RSS-ie oraz zaletach tej technologii w procesie odgruzowywania świata z big techów, miałem małe marzenie. Raczej z gatunku donkichotowskich. Wiedziałem, że mam rację i że powrót do tej technologii może odmienić internet nadając nieco inny ciężar codziennemu scrollowaniu.
Chciałem, żeby więcej osób posłuchało mojego punktu widzenia. Dlatego oprócz kilku tekstów o technologii RSS na tym blogu, dość regularnie staram się przemycać ten temat także w mediach społecznościowych (Mastodon, LinkedIn, Facebook). Użytkownicy Mastodona są bardzo świadomi i bardzo "techniczni". Dla nich to codzienność. Wyzwania zaczynają się w serwisach społecznościowych głównego nurtu. Tam wiele osób słyszy o tej technologii po raz pierwszy. I nieszczególnie są zainteresowani taką zmianą. Nawet w obliczu utyskiwania na to, co serwują big techy.
Mimo tego dalej robię swoje. Żartuję czasami, że zostałem samozwańczym ambasadorem RSS-a w świecie mediów (tam to dopiero jest nad czym pracować). W idealnym świecie nie tylko poszczególne strony mają główne kanały RSS, ale także kategorie oraz autorzy. Kilkanaście lat temu niedoścignionym wzorem dla mnie była ta podstrona BBC, na której opisano, czym jest RSS, załączono także linki do głównych kategorii. Od tamtego czasu czekam aż coś podobnego stanie się standardem w świecie mediów. Mam nadzieję, że się doczekam.
Dlatego moja niszowa krucjata trwa. I okazuje się, że nie ja jeden wymachuję cyfrową szabelką. O protokole RSS robi się coraz głośniej. Jeszcze nie w polskich mediach (choć chciałbym wierzyć, że to kwestia czasu), ale w amerykańskich (a co dzieje się za Oceanem, po jakimś czasie dzieje się i w Polsce).
Na początku czerwca napisałem dość obszerny tekst zatytułowany "Czytnik RSS to przyszłość konsumpcji mediów". Tym większą radość poczułem, gdy kilkanaście dni później zobaczyłem na stronie Electronic Frontier Foundation artykuł zatytułowany "Hate “The Algorithm?” RSS Is One of the Tools You’ve Been Looking For" autorstwa Thorina Klosowskiego. Oczywiście żadna w tym moja zasługa, ale cieszy fakt, że temat RSS-ów przebija się coraz szerzej. A na tym nie koniec!
Na stronie Nieman Lab (należącej do Uniwersytetu Harvarda) trafiłem wczoraj na taki artykuł: "This app turns the web into a scrollable feed (just don’t call it RSS)". Autorka Laura Hazard Owen nie tylko opisuje początki aplikacji HyperTexting działającej jak czytnik RSS, ale z pomysłem, by nie nazywać jej czytnikiem RSS. Jej twórca ma konkretną wizję, która średnio do mnie przemawia, ale jest to nowa propozycja, więc warto dać jej szansę, jeśli może przyczynić się do popularyzacji protokołu RSS (bo w gruncie rzeczy o to chodzi).
Tak samo, jak nie rozumiałem, dlaczego przez wiele lat rynek podcastów nie mógł "zaskoczyć" w Polsce, tak trudno mi pojąć paradoks sytuacji, w której użytkownicy serwisów społecznościowych głównego nurtu nieustannie narzekając na AI slop i śmietnik w feedzie i nie najlepsze działanie algorytmów jednocześnie nie chcą spróbować, jak działa czytnik RSS-ów.
Cóż, może się w końcu doczekam. Może i ta kropla wydrąży skałę.