Tak. Krwawa łaźnia. W taki sposób określił sytuację firm medialnych w minionym tygodniu serwis Bloomberg. Zdaniem autora artykułu Lucasa Shawa mamy do czynienia z "najgorszym rokiem dla firm medialnych od trzech dekad".
Z analizy Bloomberga wynika, że Disney odnotował największy spadek na giełdzie od dwóch dekad. Netflix też zmaga się z narastającymi problemami, bo światowy kryzys gospodarczy zmusił wiele osób do zaciśnięcia pasa. A branża rozrywkowa jest pierwszą lub jedną z pierwszych, które to odczuwają poprzez spadek liczby subskrypcji.
Akcje największych amerykańskich spółek medialnych spadły o ponad 50% w 2022 r.
Okazuje się, że rynek streamingu nie jest usłany różami. Inwestorzy wymagają, firmy próbują spełnić te oczekiwania, a konsument pozostaje gdzieś z boku.
Poprawić sytuację mogą fuzje oraz dywersyfikacje modeli biznesowych. Przykładem jest Netflix, który wprowadza reklamy wewnątrz subskrypcji. To oznacza, że płacenie za dostęp nie wystarcza i trwa poszukiwanie alternatywnych rozwiązań. Rynek jest niezwykle rozproszony. Niewykluczone, że najbliższe miesiące i lata upłyną na tworzeniu nowego porządku.
Spadek rodzi konsolidacje. Serwisy informacyjne łączą się od dwóch dekad i wciąż szukają stabilizacji. Pasożytnicze firmy private equity powodują kryzys w lokalnych wiadomościach. Branża muzyczna spędziła dwie dekady na fuzji i sprzedaży, tworząc trzy duże wytwórnie płytowe i grono niezależnych. Chociaż może to nie leżeć w najlepszym interesie artystów, branża się ustabilizowała.
Hollywood miał szczęście, że darmowe wideo nie zrujnowało jego biznesu w podobny sposób. (...) Netflix, Hulu i Amazon skierowały młodych konsumentów do płatnych modeli. Ale streaming oferował wiarygodną alternatywę dla płatnej telewizji i kin w niższej cenie. Branża wciąż trawi te zmiany i nadciąga jeszcze większy ból.
W tej chwili najbardziej przerażające dla pracowników i inwestorów jest to, że żadna firma ani osoba nie ma jasnego rozwiązania.
Co nadciąga? Trudno orzec, ale na pewno czekają nas zmiany także w branży streamingu, czyli - jak zwykli mawiać niektórzy - "przyszłości telewizji".